Fiscal Cliff w USA + 20% Spadek na Giełdzie + Światowa Recesja + Rozpad Unii Europejskiej = Wielki Strach. Kontrariańskie spojrznie.


Problem polega na tym, że wszyscy myślą podobnie, a jeśli nie wszyscy, to większość. Z reguły większość na giełdzie nie ma racji. Strach w trakcie spadków i chciwość w trakcie wzrostów – czynniki napędzające trendy na rynkach finansowych.

Być może jeszcze nie pora, aby myśleć o zajmowaniu długich pozycji. Jednak, rynki są już lokalnie mocno wyprzedane i w USA i na GPW. Trzeba czekać na zatrzymanie fali spadkowej – aż pojawi się naturalne wyczerpanie. Faktem jest, że w trakcie trwających wzrostów od lipca do października, giełdy zostały „wywindowane” na nowe szczyty hossy (na GPW jednak nie). Mimo bardzo słabych danych makroekonomicznych indeksy w Ameryce wspinały się do góry po tzw. „ścianie strachu” w nadziei, że Bank Rezerw Federalnych rozpocznie kolejną turę „drukowania” pieniędzy. Tak też się stało. We wrześniu Ben Bernanke – szed FED-u – ogłosił QE3, po czym nastąpiły spadki, bo już nie było pod co grać na wzrosty, skoro cel został osiągnięty. Teraz inwestorzy przypomnieli sobie o recesyjnej gospodarce na świecie, kłopotach fiskalnych państw Unii Europejskiej – co może grozić rozpadem strefy euro, do tego doszedł strach przed podniesieniem podatków w USA w 2013 roku. Te wszystkie negatywne czynniki istniały przecież wcześniej, jednak giełdy nie zwracały na to uwagi niesione falą spodziewanego zastrzyku gotówki świeżo „wydrukowanych” dolarów, funtów, jenów czy franków szwajcarskich.

Taka jest struktura rynków finansowych: giełdy rosną jedynie po to, aby potem spadać, i odwrotnie – spadają, aby potem znowu rosnąć. Nie widzę powodów, dla których i tym razem miałoby być inaczej. Jedynym problemem jest czas, w którym następują punkty zwrotne. Trudno je wychwycić i w odpowiednim momencie „wsiąść do wagonu” podpiętego do pociągu jadącego w „dobrym” kierunku.